Religia jak penis...

„Religia jest jak penis. Sam w sobie ok, ale to stanowczo zły pomysł, żeby go wciskać dzieciom na siłę!” - tak powiedziała moja dorastająca córka, która w gimnazjum zrezygnowała z lekcji religii na rzecz zajęć z etyki.

11 września br. episkopat w stosownym oświadczeniu rozstrzygnął, że „Rodzice dzieci, które nie ukończyły 18 roku życia, mają obowiązek zapisać swe dzieci na lekcje religii.” - A skoro rodzice mają obowiązek zapisać na religię, to dzieci mają obowiązek w niej uczestniczyć. Nie zamierzam epatować obrazoburczymi tezami, jak można by wnosić z tytułu, ale dopomnieć się, by w dyskusji o obowiązku katechetycznym brano pod uwagę głos samych dzieci. Tak bowiem emocjonujemy się kwestią „co biskupi mają prawo nam nakazać, a czego nam zabronić”, że zapominamy chyba o kwestii znaczenie ważniejszej, a mianowicie, co my sami możemy dzieciom nakazać, a czego zabronić.

Powyżej przedstawiony plakat znalazłem na korytarzu szkoły, w której uczą się moje dzieci. Stałem osłupiały, bo do głowy mi nigdy nie przyszło, że ONZ przyznało mi prawo do rozstrzygania, co ma moje dziecko myśleć i w co wierzyć. Zainteresowałem się cytowaną międzynarodową konwencją praw dziecka, a w szczególności jej 14. i 30. artykułem. Oczywiście okazało się, że dokument uchwalony przez ONZ nie zawiera takich bredni, jak te sformułowana na plakacie, a kwestię wolności sumienia określa wprost odwrotnie: Art. 14 stanowi, że dziecko ma prawo do wolności myśli, sumienia i wyznania, a rodzice mają pierwszeństwo w kierowaniu dzieckiem w korzystaniu tego prawa.



Zaiste, różnica pomiędzy tym, że dziecko ma prawo do wolności myśli i sumienia, zaś rodzice mają mu pomóc to prawo egzekwować, a sytuacją, w której rodzice decydują o tym, co dziecko ma myśleć i w co wierzyć jest zasadnicza. Nie chcę jednak pastwić nad jakąś konkretną nauczycielką, bo jestem niestety przekonany, że w Polsce dość powszechnie rodzice, nauczyciele i hierarchowie rozumują w bardzo podobny sposób. Oświadczenie Komisji Wychowania Katolickiego KEP z 11 września zdaje się moje przypuszczenie potwierdzać – przynajmniej w przypadku biskupów.

Każdy, kto dobrowolnie poddaje się zwierzchności duchowej i autorytetowi biskupów, nie może protestować, że ci biskupi czegoś od niego chcą, że wymagają, że nakazują. Zupełnie inaczej jest jednak, gdy biskupi chcą, żeby osoby wierzące egzekwowały coś od innych osób. A dzieci to właśnie „inne osoby” - choć to sformułowanie jest niezręczne, to wyraża integralności i podmiotowość dziecka. Biskup może mi kazać, bym na klęczkach uczestniczył w procesji, nie jadł mięsa w piątek i bym się wystrzegał używania prezerwatyw. Nie ma jednak prawa domagać się, bym ja coś kazał mojemu dziecku w kwestii wiary i sumienia.

Prawo do wychowywanie dzieci w wierze (katolickiej) było negowane, czy wręcz sabotowane w czasach komunistycznych. Po upadku tego ponurego i zbrodniczego ustroju, oszalali ze szczęścia nasi rodacy bez sprzeciwu usankcjonowali wszechobecność księży i kościoła w naszym życiu publicznym, w tym w szkole. Zabrakło refleksji i umiaru, zabrakło dyskusji, na którą dziś jest już chyba za późno. Bo dziś polemika o roli kościoła zdominowana jest argumentami Palikota i Terlikowskiego. Tak dalece, że wprost trudno wyobrazić sobie kulturalną dyskusję parlamentarzystów, podczas której wierzący i niewierzący zechcieliby razem poszukać rozwiązań najlepszych dla naszych dzieci. Mam przekonanie graniczące z pewnością, ze taka debata byłaby jedynie okazją do wzajemnego obrażania się, kpin, oskarżeń i zwykłego chamstwa.

Nie mogąc liczyć na sensowną debatę publiczną w kwestii nauczania religii w szkole, zdany jestem na własne przemyślenia. Jeśli pozwalam sobie formułować je publicznie (nie bez wahania) to wyłącznie dlatego, że jestem ojcem trojga dzieci. Dzieci, z których jedno chodziło od początku szkoły na religię, ale potem zrezygnowało na rzecz etyki; drugie chodziło na etykę, ale postanowiło się przerzucić na religię oraz trzecie, które pomimo rozwiniętej wrażliwości, ponad wszelkie zagadnienia etyczno-religijne zdecydowanie przedkłada grę w piłkę.

Przerobiłem zatem chyba wszystkie opcje, i mogę na kwestię nauczania religii w szkole spojrzeć z dystansem. I z pełnym przekonaniem twierdzę, że nauczanie religii w szkole jest błędem, a przymuszanie dzieci do katechizacji szkolnej – zbrodnią.

Ja świetnie rozumiem, dlaczego biskupom tak bardzo zależy na obowiązkowej, powszechnej nauce religii w szkole. Świetnie wiem, co księża mają na myśli, podkreślając wagę i pierwszorzędne znaczenie „wiary wyssanej z mlekiem matki”. Otóż z tą wiarą wyssaną z mlekiem matki jest dokładnie tak, jak z pewnym prezentem gwiazdkowym, który wywołał łzy i frustrację mojej córeczki. Otóż moja żona postanowiła (w imieniu św. Mikołaja) sprezentować dziecku czarodziejską różdżkę, która piszczała, świeciła i kręciła się w niezwykle efektowny sposób. Obdarowana nią córeczka wpadła w rozpacz i słuszny gniew, bo... różdżka nie czarowała!

Zdarzenie unaoczniło mi, jak trudno jest małym dzieciom odróżnić świat realny od bajkowego; rzeczywistość od fikcji. Można się oczywiście śmiać z zaczarowanej różdżki, ale czy nie zdarzyło się Wam, by dziecko obejrzawszy nazbyt sugestywne przedstawienie o Czerwonym Kapturku nie bało się potem wilka? Czy nie napotkaliście oporu tłumacząc oczywistą rzecz, że tamten wilk to był tylko przebrany w kostium bezrobotny aktor, bo w mieście prawdziwych wilków nie ma?

Nie próbuję nawet sugerować pokrewieństwa czy podobieństwa pomiędzy Matką Boską, a wilkiem z bajki. Pragnę jednak, całkiem serio zwrócić uwagę, że dzieci nie dość precyzyjnie odróżniają rzeczywistość od fikcji, pogląd od prawdy, przekonanie od stanu faktycznego. Dzieci wierzą w to, co przedstawiają im z przekonaniem rodzice, chłoną to, i na tej podstawie kształtują obraz rzeczywistości. A czymże jest przekonanie? Co ma wspólnego przekonanie o słuszności teorii grawitacji z przekonaniem, że najlepsza na świecie jest zupa pomidorowa? My dorośli mamy często trudności z jednoznacznym oddzieleniem faktów od opinii, a co dopiero dzieci. I niestety właśnie korzystając z tego ich bezradnego zaufania wobec dorosłych, wtłacza im się do głowy prawdy wiary jako prawdy oczywiste. Zaraz po tym jak nauczycielka tłumaczy dzieciom, że 2 + 2 = 4, albo że ziemia jest okrągła - przychodzi ksiądz lub katecheta, i opowiada o niepokalanym poczęciu Maryi Panny. Nie myślę w tym miejscu przeczyć prawdziwości prawd wiary, a jedynie pozwalam sobie przypomnieć, że są to prawdy objawione, co do których ma zastosowania łaska wiary, a nie przywilej dającej się dowieść wiedzy.

Wiara nie jest wiedzą, a każdy kto swą wiarę chce przekazać komuś jako oczywisty i niezaprzeczalny fakt, boleśnie prymitywizuje pierwiastek boski, jak i deprecjonuje doniosłość samego aktu wiary. Nie myślę wdawać się w rozważania teologiczne, a poprzestanę jedynie na konstatacji, że gdyby Bóg chciał dowieść nam faktu swego istnienia, objawiłby się w sposób równie łatwy do weryfikacji, jak prawo grawitacji. On jednak - czy to przez przekorę, czy poczucie humoru - postanowił jawić się nam jako istota, której istnienia powinniśmy dociekać, poszukiwać, i - przełamując swe ludzkie zwątpienie - ostatecznie uwierzyć. Ci wszyscy, którzy chcą wykorzystać dziecięcą ufność, by fakt istnienia Boga przekazać dzieciom jako niezaprzeczalny fakt, najzwyczajniej manipulują tymi dziećmi. Pozbawiając Boga jego tajemnicy wiary, postępują głupio (w sensie logicznym) i grzesznie (w sensie teologicznym).

Oczywiście inaczej rzecz wygląda ze starszą młodzieżą, która - wręcz odwrotnie niż małe dzieci - każdej tezie przedstawianej przez starszych przygląda się krytycznie. W ich przypadku zmuszanie do katechezy jest jednak jeszcze bardziej szkodliwe. Pomysł, by rodzice dorastającej młodzieży gimnazjalnej i licealnej wypełnili wolę episkopatu i zmusili swe dzieci do lekcji religii jest tak szkodliwy dla rozwoju duchowego młodzieży, że podpowiedzieć go mógł biskupom jedynie sam szatan.

Na koniec pragnę uspokoić biskupów, wszystkich księży i katechetów, a także rodziców zaniepokojonych kwestią religijnego wzrastania polskich dzieci. Otóż, Drodzy Moi, zapewniam, że nawet wyrzekłszy się administracyjnego przymusu w kwestii nauczania religii nie zaprzepaszczacie szansy na zbawienie dzieci, o które się lękacie. Niezależnie od wszystkich lekcji, katechizmów, listów pasterskich i encyklik, to przede wszystkim Wasze żywe świadectwo wiary zadecyduje, jaką drogą pójdzie polska młodzież. Szczerość Waszej wiary, serdeczność i miłość wobec bliźnich, współczucie i miłosierdzie, a przede wszystkim przykładne, zgodne z nakazami ewangelii życie Waszych kapłanów z biskupami na czele – oto co najlepiej przybliża młodzież do Kościoła Katolickiego!

...I świadomość tego krzepiącego przykładu - niech Wam będzie pociechą! Amen!
Trwa ładowanie komentarzy...